Zaruszanie zamiast zajadania

No dosyć tego urlopowania. Starałam się bardzo trzymać ale jednak rytm pracy tak bardzo porządkuje mi dzień, że o wiele łatwiej jest utrzymać dietę. Tak więc cieszę się z powrotu za moje biureczko, do moich sympatycznych współpracowników. Ciekawe, że wraz z kilogramami odeszło mi sporo zniechęcanie do pracy i jakiejkolwiek działalności. To była pierwsza urlopowa refleksja a druga to taka, że jednak mniej mi przykro, gdy muszę zrezygnować z ciasteczka niż, gdy waga każe mi rezygnować z różnych aktywności fizycznych, czy nawet fajnych ciuchów. No poważnie.

Jak to się dzieje, że przyjemność z jedzenia staje się tak obsesyjnie ważna? Czy nie ma innych przyjemności? A może za wiele trzeba zrobić, by je mieć? A tak wystarczy przeskoczyć na drugą stronę ulicy do sklepiku, kupić pięknie wyglądające ciacho (bo ze smakiem to różnie) i zapaść się prawie, jak po złotym strzale. Na krótko w sumie, bo potem przychodzi mega dół i wyrzuty sumienia. Eh nie ma o czym mówić…

No więc inne przyjemności. I tu mi wychodzi, że najlepiej naćpać się ruchem, bo:

  1. Trudno jeść podczas ruchu.
  2. Doskonale zajmuje czas.
  3. Ruch jest zdrowy.
  4. Lodówka się nie rusza więc nie może nam podczas ruchu towarzyszyć jak to doskonale czyni podczas telewizoringu.
  5. Ruch wydziela szczęście tylko trzeba znaleźć dobry ruch dla siebie.

Trochę boję się jesieni i zimy, bo jesień do długie wieczory, które jeśli spędzę w domu to na bank przejem. To ruch. Uciec od lodówki. Basen. W sumie kosztuje tyle co piwo i chipsy z czekoladą… WOW!