O motywacji myślę. Bo w sumie nie wiem skąd się ona we mnie bierze? Jakoś się zaparłam i już. I teraz grunt, by sobie nie odpuścić, nie poddać się. W chwilach słabości, gdy mam ochotę sobie darować słyszę, że to głos lenia się odzywa. Głos panny niechcemisie a to najgorszy rodzaj panny w mojej skali wartości. Mogę być tłusta ale nie chcę być leniem! Całe życie walczę z tym wewnętrznym leniem. To chyba mój największy kompleks, bo widzę te wszystkie bystre kobietki, które ciężko i dużo pracują, robią kariery, pieniądze a ja co? Za mało mam tych nadgodzin normalnie. Albo za ciężko pracujące koleżanki mam. Cudne koleżanki mam. Takie mądre i światowe. Czy ambicja mnie zjada?
Nie doceniam się? A w sumie kit z tym. Ważne, że motywacja do utrzymania zdrowej diety jest.
Z okazji schuścia ponad 20 kg kupiłam sobie batonika. Taki tam z belgijskiej białej czekolady niby, bo wiary, że prawdziwa nie dam. Zwyczajnie wiem, gdzie kupiłam. Tak czy siak zjadłam go i jak mnie zemdliło. Jechałam z Olsztyna i za brzuch się trzymałam. Nie znałam tego uczucia nawet po całej tabliczce czekolady. To, co wydawało mi się niezmienialnene, zmieniło się! I co to znaczy? Że wszystko jest możliwe? Że można gonić swoje ideały z uśmiechem? Że nie poddawanie się wcale nie jest trudne, bo wystarczy w myślach powiedzieć sobie „nie bądź mięczak” i nagle nie jesteś mięczakiem! Czy to ta duma mnie tak nakręca i daje radochę. Chyba nie trzeba pytać psychologa :-)
