Nie ma lżej nawet, jak się jest lżejszym. Niestety. Nałogowe jedzenie jest jak alkoholizm. Zostaje na zawsze. Dziś pierwsze trzy posiłki były całkiem ok. Namoczone przez noc płatki owsiane z jogurtem, potem sałatka z pomidora z olejem z pestek winogron i ziołami z kromką razowca no i bananek. Obiad poza domem, jakaś zupa na stacji benzynowej, powrót do pracy, powrót do domu.. w domu zamiast zdrowej kolacji zjadłam obiad i… teraz myślę tylko o tym jak nie zjeść. Apetytu nie zmniejszyła domowa afera o kilka ziarenek proszku do prania na podłodze łazienki. Zapijam się wodą, zjadłam trochę orzechów, które nie dość, że nie pomogły to jeszcze zgłębiły doła. Kurcze… zanim zaczęłam pisać chyba bardziej mi się chciało żreć i bardziej byłam skłonna się złamać a teraz. Hmmmm jednak pisanie pomaga. No dobrze, to jeszcze popiszę. Może zasnę w trakcie pisania i uda się nie zjeść? Tylko o czym by tu napisać? Tak żeby się nie zatrzymywać nanananna nie zatrzymywać się, bo jak ręce są zajęte, to nie mogą robić jedzenia, podawać prosto do buzi tych różnych takich uhm pyszności. Zjadłabym białą bułkę z masłem, sałatą, żółtym serem i MAJONEZEM!! Seeer żółty… albo nie, albo zapiekankę z serem i żeby się ciągnął ooooo no i co potem? Przez krótką bardzo chwilkę byłabym najszczęśliwsza na świecie a potem by mnie mdliło z rozpaczy i bezsilności, bezradności. Muszę się skupiać i pamiętać o tym, co czuję po takim żarciu, nie o samym żarciu. O zaraz mi się jeść odechciało. Źle mi, samotnie, ciemno… zrobiłam tak dużo a nagrodą jest pustka.

1 Comment