No dosyć tego urlopowania. Starałam się bardzo trzymać ale jednak rytm pracy tak bardzo porządkuje mi dzień, że o wiele łatwiej jest utrzymać dietę. Tak więc cieszę się z powrotu za moje biureczko, do moich sympatycznych współpracowników. Ciekawe, że wraz z kilogramami odeszło mi sporo zniechęcanie do pracy i jakiejkolwiek działalności. To była pierwsza urlopowa refleksja a druga to taka, że jednak mniej mi przykro, gdy muszę zrezygnować z ciasteczka niż, gdy waga każe mi rezygnować z różnych aktywności fizycznych, czy nawet fajnych ciuchów. No poważnie.
Jak to się dzieje, że przyjemność z jedzenia staje się tak obsesyjnie ważna? Czy nie ma innych przyjemności? A może za wiele trzeba zrobić, by je mieć? A tak wystarczy przeskoczyć na drugą stronę ulicy do sklepiku, kupić pięknie wyglądające ciacho (bo ze smakiem to różnie) i zapaść się prawie, jak po złotym strzale. Na krótko w sumie, bo potem przychodzi mega dół i wyrzuty sumienia. Eh nie ma o czym mówić…
No więc inne przyjemności. I tu mi wychodzi, że najlepiej naćpać się ruchem, bo:
- Trudno jeść podczas ruchu.
- Doskonale zajmuje czas.
- Ruch jest zdrowy.
- Lodówka się nie rusza więc nie może nam podczas ruchu towarzyszyć jak to doskonale czyni podczas telewizoringu.
- Ruch wydziela szczęście tylko trzeba znaleźć dobry ruch dla siebie.
Trochę boję się jesieni i zimy, bo jesień do długie wieczory, które jeśli spędzę w domu to na bank przejem. To ruch. Uciec od lodówki. Basen. W sumie kosztuje tyle co piwo i chipsy z czekoladą… WOW!
