Umiar? A co to?

Wczoraj wieczorem miałam idealny przykład tego, dlaczego w moim przypadku „ale tylko kawałeczek” nie działa i szkodzi. Zazdroszczę tym, co nie muszą sobie odmawiać ulubionych przysmaków, bo potrafią zjeść szczyptę dla smaku. Ja niestety z tym mam jak alkoholik – jak piję, to na umór. Jak złapię dwa chipsy to potem tylko biernie się przyglądam, jak ręka wiosłuje a szczęka chodzi, jakby moje nie były. Takie dziwne uczucie utraty kontroli nad swoim ciałem. Świadome jednak i błogie, żeby nie było, że się usprawiedliwiam.

Początek niezły, bo stajnia, jazda, nawet się zmęczyłam. Potem wizja ogniska i grilla ale ok., w końcu już nie jednego grilla dzielnie przetrwałam. Ale no zachęcona sukcesami (wiedziałam, że ten moment dania sobie laby nadejdzie), siedząc tak w doborowym towarzystwie skusiłam się na kiełbaskę. Nosz mogłam poczekać na tego ziemniaczka ale nie wytrzymałam i złapałam ją no (ależ była słona, odzwyczaiłam się od kupnej). A potem złapałam jeszcze kawałek karkówki, bo przecież mały, i jeszcze coś chyba boczkowego i to w chlebie, bo przecież jedna kromeczka. I na koniec ziemniaczek, bo dla mnie był robiony więc… wracałam do domu z takim kacem moralnym a rano zobaczyłam na wadze, że moje -20 się oddaliło. A było już tak blisko…

I dlatego właśnie nie mogę. Nie mogę robić tego pierwszego kęsa. No nie mogę. Dasz mi palec a całą rękę pochłonę. Z majonezem najlepiej.

No nic. Co się odwlecze, to nie uciesze. Mam nauczkę.