Słyszałam często, że można zajadać stres, można być uzależnionym od słodyczy. Potem zrozumiałam, że to dotyczy mnie. „Nie płacz, masz cukiereczka”. Tak się buduje prosty mechanizm. Źle Ci? Najedz się, poczujesz się lepiej. Im smaczniej, słodziej, tym jeszcze lepiej.
Choć trudno złapać dystans do siebie samej, jak się po kryjomu w nocy wyjada wszystko co słodkie w domu, to przychodzi taka chwila. Najpierw obrzydzenia, potem bezradności . I wtedy pytanie, co dalej? Poużalać się? Poszukać innych, co też zajadają siebie samych i wzajemnie się pogłaskać żrąc dalej? No to by było chyba najprostsze i nawet przyjemne, bo wiele egzemplarzy czuje się bardziej zadowolona i usatysfakcjonowana, im bardziej nieszczęśliwa i upodlona jest.
Można się dowartościować w byciu tym NAJ… najnieszczęśliwszym, najsmutniejszym. Nie, nie tak mama mnie wychowywała. Teraz widzę, jak to dobrze, że nie głaskała mnie po głowie i nigdy nie użalała się nade mną „oj jakaś Ty biedna”. Jakie te mamy mądre…
Choć mój leń musiał mnie doprowadzić do głębokiego dna, bym się w końcu chciała odbić. Bo ja z lenistwa jestem w stanie zaakceptować wszystko. I to jak wyglądam i to, jak mnie waga ogranicza w pasjach. Ale okazało się, że największym wrogiem mojego lenia jest strach o zdrowie – przestałam czuć się nieśmiertelna.
Ta bezradność wydała mi się jeszcze gorsza od otyłości. Nie chciałam być taka wiecznie nieszczęśliwa. A skoro nie chciałam, to przestałam. Ot tak. Łowienie pozytywów okazało się przepisem i receptą na wszystko. Jestem dumna z każdego pozytywnie przejedzonego dnia. Dumna, jakbym sama uciągnęła lokomotywę i radość z poczucia byciem NAJ dla samej siebie pozwala mi wytrwać. Już nawet nie czuję wielkiego wysiłku i walki. Tak zwyczajnie jest i jestem szczęśliwa.
Tylko boje się ostatnio, żeby jedzenie nie stało się ważniejsze od życia… Zobaczę, czy umiem jeden dzień wytrzymać bez gadania o diecie!!
