Rano miałam plan tylko na 3 pierwsze posiłki. Tradycyjnie twarożek z jogurtem, dżemem, otrębami i (nowość) amarantusem, na drugie chlebek żytni z guakamole i żółtym serem (bo mi zasmakowało), potem banan (znowu) i na obiad myślałam, że pojadę do Koziego Dworu, bo Artur miał wrócić wieczorem dopiero. Jednak zadzwonił, że jedzie i wróciłam do domu grzecznie gotować żeby znowu nie wszedł i w drzwiach mnie strzelił „co na obiad” a potem „nie będę tego jadł”. Zrobiłam pieczone tuszki dorsza, tylko osolone lekko. Do tego brązowy ryż z marchwią, groszkiem i kukurydzą. Do ryby zrobiłam na próbę sosik z jogurtu, ziołowej musztardy i czosnku z ziołami dalmatyńskimi. Nawet pasował. Na kolację było soczewica zielona z duszonymi pomidorami z cukinią przyprawione pieprzem cytrynowym, pietruszką i odrobiną estragonu.
