No i proszę, Święta sobie idą. Jak zwykle mnie to zaskakuje. Siedzę sobie w pracy za biurkiem a tu nagle bach! Święta sobie przyszły! Łatwo to poznać po cichszym niż zwykle telefonie, spokojniejszych ludziach i życzeniach na skrzynce pocztowej. No dobrze ale skoro już te Święta będą, to trzeba pomyśleć o jedzeniu. No właśnie. Czy jest możliwe pokojowe współistnienie diety i Świąt? Jak żarłacz pospolity ma przeżyć czas rzucających się zza każdego rogu na człowieka pyszności, zapachów, cudowności dzieciństwa? Żebym jeszcze nie miała duszy obolałej to by mi może łatwiej było, a tak? Pierwszy problem to dwie kolacje wigilijne. No trzeba to zredukować, bo nie da rady inaczej. Kto zaprosił pierwszy, ten lepszy. To jest Wigilia a nie kolęda. Po drugie, może da się to jakoś poukładać? Na liczenie kalorii to nawet nie śmiem liczyć ale może da się zjeść to wszystko nie tak na raz? Skoro mam 5 posiłków dziennie i dwa dni świąt plus ekstra kolacja inaugurująca ten odpas to może dałoby się spisać dania, które absolutnie must have i postarać się przynajmniej je zjeść w niewielkich ilościach (no nie wiem) w rozsądnych, większych niż godzina, odstępach czasu.
Wigilia to absolutnie koniecznie uszka i barszcz grzybowy i rozsądnie by było się na tym zatrzymać. Moją ukochaną sałatkę jarzynową to może zjem na drugie śniadanie w pierwszy dzień świąt? A na obiad to jakiś drób faszerowany mamy i jeszcze koniecznie muszę gdzieś upchnąć śledzia i wędliny taty. Ryby na kolację a wędliny na drugie śniadanie drugiego dnia? A co z pierwszymi śniadaniami? Jak to co? Na bank na nie zaśpię! :)
