Po pierwsze Cejlon

To zdecydowanie nie był planowany zakup. Ja byłam jakoś po maturze i posiadanie już wtedy własnego konia nie wydawało mi się nawet możliwe. Coś takiego, jak pensjonat dla koni nie było tak rozpowszechnione jak dziś albo ja nie znałam takich możliwości. Prywatnych stajni i klubów nie było w okolicy naszego miasta wcale tak wiele. Możliwości finansowe mojej rodziny też nie pozwalały na takie rozpusty. Dość powiedzieć, że sama w ogóle mogłam jeździć tylko dlatego, że to odpracowywałam. Jednak marzenie o własnym koniu gdzieś tam w mojej głowie kiełkowało.

Już tak to się w moim życiu układa, że jak czegoś bardzo, bardzo chcę i myślę o tym, to w końcu na horyzoncie ukazują się niteczki, z których można to marzenie utkać. Tylko trzeba je złapać i dobrze związać :D I tak też było z Cejlonkiem.

Lato 99 spędzałam w ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem, gdzie prowadziłam jazdy i opiekowałam się 4 konikami znajomego. Dla mnie to był fajny sposób na lato. Zaangażowała się bardzo, jak to ja, i w podziękowaniu znajomy zaproponował mi 3letniego wyhodowanego przez siebie surowego wałaszka, z którym chyba nie bardzo miał co zrobić. Myślałam o tym przez całe lato. Cejlona widziałam tylko raz na pastwisku. Był gniady i miły. Wcześniej jeździłam trochę na jego matce, rzeczniańskiej hodowli wielkopolance Czeli. Miałam 3 wywołane zdjęcia Cejlona i wpatrywałam się w nie przez to lato pytając samą siebie i innych „czy to ten?”.

Czy to był dobry czas na własnego konia? Nie wiem. Trudno wymagać, by 21letnia dziewczyna kierowała się bardziej rozsądkiem niż emocjami. Ja jako tako poruszająca się w 3 chodach plus surowy młody koń? To nigdy nie jest dobre połączenie. Ale to nie było kwestia przemyślanej decyzji tylko zbiegu sprzyjających okoliczności. Niteczek, które złapałam.

Jeszcze przed tymi wakacjami poznałam stajnie w Szyldaku, gdzie można było wstawić konia w tak zwany pensjonat. Czyli dowiedziałam się, że jest możliwość posiadania swojego konia bez własnej stajni. Tam byli też ludzie, którzy mieli większe doświadczenie ode mnie i mogli mi z młodym pomóc. Trzy miesiące później trafił się koń. Pozostała kwestia jego utrzymania. Ja studiowałam zaocznie, nie miałam jeszcze pracy. Trzeba było zapytać o zdanie rodziców.

O ile konik na biegunach pojawił się w moim życiu za sprawą mamy, to sen o Cejlonie pomógł mi spełnić głównie tato. Pamiętam, jak rozmawialiśmy w Toruniu na Rubinkowie w kuchni babci Ziutki. Tata powiedział: jeśli to jest Twoje prawdziwe marzenie, to pomogę Ci je spełnić. Ja miałem kiedyś też marzenie ale zabrakło mi czegoś by je spełnić. Nie chciałbym bym, byś i ty pluła sobie w brodę, że nie spróbowałaś.” Jakie to ważne, by mieć rodziców, którzy dmuchają Ci w żagle zamiast je zwijać, prawda?

No i tak się stało. Staliśmy się z Cejlonem parą, ja zaangażowałam się w rodzinną firmę, by na niego zarobić jednocześnie studiując. Ta decyzja bardzo zaważyła na moich dalszych losach, bo nic nie potoczyło się wg powszechnie uznanego przepisu: studia dzienne – mieszkanie poza domem – ślub – dzieci – praca. Studia początkowo zawaliłam, sensowny pretendent na ślubnego też jakoś się nie pojawiał, praca no hmmm długo była bardziej wolontariatem (choć nie powiem, była szkołą życia). W wieku 25 lat miałam niezłe kompleksy wobec moich koleżanek z liceum, które były po studiach, pracowały i zakładały rodziny. A ja wówczas pisałam prawie za darmo do gazety, działałam w ostródzkiej pozarządówce i chodziłam z koniem :D Wszystko to stało się później bazą moich umiejętności w dzisiejszej pracy.

Dość późno niestety odkryłam, że jedyne co ze mną może być nie tak, to przeświadczenie, że jest jakiś jedynie słuszny przepis na szczęśliwe życie. Cejlon nigdy nie był dla mnie ciężarem albo hamulcowym, kotwicą trzymającą mnie w domu. Przez dwadzieścia spędzonych ze mną lat był motywacją, energetykiem, spełnieniem i wolnością. Źródłem pewności siebie, szkołą radzenia sobie z przeciwnościami i bratnią duszą. Dzięki niemu poznałam wspaniałych, niezwykłych i wartościowych ludzi. Większość moich serdecznych przyjaciół to koniarze.

Jeśli czytają to jacyś rodzice, to chcę Wam powiedzieć: nie bójcie się, że koń zamknie Waszemu dziecku życie. Że przez konia nie będzie mogło robić tego lub tamtego. JEŻELI to prawdziwa pasja, to odpowiedzialność za konia może zmotywować do przenoszenia gór.

Bo istotą stawania się nie jest to co robimy i gdzie jesteśmy ale to, co z doświadczenia wynosimy.

Cejlon był ze mną przeszło 20 lat – od września 1999 do grudnia 2019 roku.