Naprzeciwko mojego przedszkola był sklep z zabawkami i artykułami szkolnymi. Nazywał się Plastuś. Wesoła nazwa dla dość smutnego i szarego sklepu. W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych sklepy z zabawkami nie wyglądały tak kolorowo, jak dziś.
Plastuś był parterowym brązowym budynkiem z dużymi oknami od frontu. Wyglądał jakby był zrobiony z kartonu i blachy. W środku był równie smutny, co na zewnątrz. Szare kafelki, ciemnobrązowe lady, półki i smutne zabawki na półkach. Lalki z krótkimi włosami, których nie dało się czesać i szorstkie wypchane trocinami misie, których nie dało się przytulać. W sklepie była jedna szklana witrynka przyciągająca moją uwagę. Były tam wystawione plastikowe koniki z żołnierzykami (albo jak kto woli, żołnierzyki na koniach). Te szare płaskie średniowieczne średnio mnie interesowały, ale były też kolorowe wierzchowce niosące mojego pierwszego telewizyjnego idola – Pana Michała Wołodyjowskiego. Czasem mama kupowała mi takiego konika. Miałam kare i gniade z odmianami. Pana Michała można było zdjąć, co chętnie czyniłam. Mimo wielkiej miłości do małego rycerza chodziło mi przecież przede wszystkim o konika.
Bardzo często po przedszkolu zachodziłyśmy z mamą do Plastusia pooglądać zabawki, czasem kupić jakiś blok lub kredki. Któregoś razu pomiędzy ladami zobaczyłam je. Dwa wielkie piękne konie na biegunach. Jeden był kary a drugi siwy. W wieku przedszkolnym dziewczynki marzą najbardziej o białych koniach. Dopiero w okresie dojrzewania pojawia się miłość do karoszy. Oczywiste zatem, że zakochałam się w tym siwym. Był duży, pokryty puchatym, miękkim materiałem, drewniane czarne chrapki i pomalowane na czerwono nozdrza. Skórzane siodło ze strzemionami (miał siodło!) było na wysokości mojego pasa. No przepadłam. Męczyłam mamę i codziennie po przedszkolu musiałyśmy zajść go pogłaskać. Marzyłam o tym, by mógł być mój ale do mojego dziecięcego mózgu docierało jednak, że jeśli mama mówi nie, to widocznie ma powody. Nie byłam jednym z tych dzieci, które kładą się na podłodze w sklepie i płaczą waląc pięściami o kafelki. To było jednak poniżej mojej dziecięcej godności.
Aż w końcu nadszedł ten dzień, gdy konika już nie było. Ktoś kupił, trafił do jakiejś dziewczynki, która się nim dobrze zaopiekuje, tłumaczyła mama. Było mi smutno. Przez całą drogę do domu szorowałam nosem chodnik. Mama nic nie mówiła, bo i też co miałam powiedzieć tak mądrej dziewczynce rozumiejącej wszystko.
Ale w domu mama widząc mój nieprzemijający i bardzo przejmujący smuteczek zaproponowała bym uklękła przed obrazkiem Pani Bozi i pomodliła się, być może konik cudownie wróci. Uklękłam, co miałam do stracenia. Nasza Pani Bozia była taką metalową płaskorzeźbą przyczepioną do drewnianej tabliczki. Miałam bardzo łagodną i ciepłą twarz. Jak moja mama. Zacisnęłam dłonie w modlitewnym geście z całej siły i bardzo, bardzo prosiłam żeby konik wrócił. Obiecywałam oczywiście, że już zawsze będę grzeczna, że nie będę brzydko mówić i bić kolegów. W zasadzie później dość mocno się tego trzymałam. W końcu skończyłam i weszłam do naszej, mojej i rodziców, sypialni.
Mój koń fruwał. Unosił się w powietrzu otulony promieniami słońca wpadającymi przez południowe okno. Siwa „sierść” błyszczała jak czyste srebro. Wydawało mi się, że galopuje i rży tak mnie olśniło. Mama ustawiło go płozami na skrajach łóżek, stąd wrażenie, że lata. Gdybym umiała malować nawet teraz namalowałabym dokładnie to, co wtedy zobaczyłam. Mój pierwszy własny wierzchowiec. Wymarzony, wymodlony. Przebujałam się na nim przez całe dzieciństwo ale to tego dnia zrozumiałam, że moja mama to prawdziwa Matka Boska.

