Nie zdecydowałam się na żadną „specjalną” dietę ponieważ postanowiłam już raz na zawsze odżywiać się zdrowo, świadomie i przyjemnie. Nie wyznaczyłam jasnego celu i nie dałam sobie limitu czasowego. Na zawsze to na zawsze. Zaczęłam czytać w necie różne materiały o generalnych zasadach zbilansowanej diety, czytałam zmagania innych kobiet na forach (głównie koniarskich).
Nie jestem i nie będę dietetykiem. Ta wiedza jest potężna ale każdego dnia uczę się czegoś nowego – jaki olej wybrać i do czego użyć, czy jeść to, czy tamto, kiedy i z czym? Słucham też swojego organizmu ale nie zawsze, bo jak mi mówi „czekolady i kopytek!!!” to go knebluje ciekawszym zajęciem, np. konie, spotkanie ze znajomymi, rodziną. Każdego tygodnia odkrywam jakieś „prawdy objawione” i inne oczywistości.
Generalne zasady, które sobie wyznaczyłam.
- Dieta ma sprawiać radość. Trzeba szukać tego, z czego można się cieszyć. Każdy dzień na 5, czyli przejedzony zgodnie z zasadami, jest powodem do dumy i nadania sobie orderu dzielnej i mądrej kobiety. To ta radość daje mi siłę i wolę o walczenie o siebie.
- Dietę trzeba zacząć wczoraj. Nie znam żadnego sensownego powodu, by najbliższy posiłek nie był zdrowy.
- Zdrowa dieta to nie więzienie ani nie ograniczenie. Nastawiam myślenie na stan uwolnienia od złych i trujących produktów. Niesamowite, że nawet kopyta ze skwarkami można sobie obrzydzić (choć tortu i lodów się nie udało).
- Nie znęcaj się nad sobą. Jeśli się na chwile poddałam, zjadłam coś nie tak to nie powód, by się biczować i myśleć o sobie źle. Trzeba znaleźć siłę i powiedzieć, jutro będzie już ok. Przecież stać mnie na to.
- Nie ma ani jednego sensownego powodu by wytłumaczyć się samej przed sobą, dlaczego jem źle. Koniec z wymówkami! Bo nie mam czasu? Bo nie umiem? Bo na działce się nie da? Bo ja nie mam silnej woli? A kto ją ma? Jak się czegoś prawdziwie chce, to nie ma wymówek.
- W życiu jest dwa miliony fajniejszych i sprawiających więcej lub tyle samo radości rzeczy, co jedzenie – szukaj ich i skup się na nich (to dla zajadaczy stresu takich, jak ja).
- 4-5 posiłków dziennie (w zależności jak długi jest dzień) maks co 4 godziny przy czym wszystko, co danego dnia wchłonę (poza wodą) jest zaplanowane w posiłku więc…
- Nie ma żadnego podjadania między posiłkami i tego staram się bardzo, bardzo przestrzegać.
- Na oko staram się mieścić w 1400 kilokalorii dziennie (moje zapotrzebowanie minus 1000).
- Unikam produktów o wysokim indeksie glikemicznym.
- Owoce tylko w pierwszej części dnia i to najczęściej wypada mi 3 śniadanie.
- Wyrzucam z diety to, co nie jest niezbędne. Kanapka nie musi być z masłem, soli nie musi być dużo, zioła są lepsze od przypraw w postaci sosów.
- Wybieram produkty jak najmniej przetworzone, czytam składy, sama gotuje też w sumie mało przetwarzając, warzywa najczęściej surowe.
- Nie używam, nie uznaje żadnych wspomagaczy diety. Nie chcę się oszukiwać, że odchudzi mnie coś innego niż ja sama.
- Pierwsze śniadanie w miarę stałe – twaróg półtłusty, OTRĘBY, łyżka dżemu 100% i jogurt naturalny normalny – bo nie umiem wcześnie wstawać, muszę zrobić szybko. W weekendy bywa jajecznica z 2 jajek z pomidorem świeżym.
- Drugie śniadanie to „pora pieczywa” więc kanapka razowa/orkiszowa/ziarnista z chudym mięsem i warzywem.
- Obiady to trochę mięsa, trochę kaszy (różne) i do oporu warzywa.
- Łakociowa niedziela. To jeden dzień w tygodniu, gdzie przy drugim śniadaniu pozwalam sobie na dowolnego łakocia ale też zauważyłam, że im dłużej na diecie to ten łakoć jest „grzeczniejszy”. Dzięki temu łatwiej mi sobie odmówić w tygodniu, jak np. pojawią się w pracy słodkości: poczekaj do niedzieli, mówię sobie, wtedy sobie jeszcze smaczniejsze zjesz.
- Ruch. Poza końmi (3-4 razy w tygodniu) ciężko mi się zmobilizować na więcej ale staram się – orbitek, pływanie, szczególnie, jak mam końską przerwę jakąś nieplanowaną.
- Jeśli mam wielką, taka nieodpartą ochotę na coś, to musze to jakoś logicznie zaplanować w posiłku, np. do rodziców „przyjechały” moje kochane precle z Krakowa. To zjem pół na drugie śniadanie w porze „pieczywa”.
